KulturaOpera i TeatrDlaczego psychiatrzy lubią operę?

Dlaczego psychiatrzy lubią operę?

-

- Advertisment -spot_img

Katarzyna Prot – Klinger

Pierwszym pytaniem, jakie można sobie zadać uczestnicząc w projekcjach z Metropolitan Opera w warszawskim teatrze Studio, to dlaczego ta forma odpoczynku jest tak atrakcyjna dla psychiatrów? Na sali jest też obecna znacząca ilość psychoterapeutów, tak że mogliby oni zagwarantować wysokiej jakości, kompleksową opiekę wszystkim pozostałym widzom.

Winnicott pisze, że każdy z nas podejmuje wysiłek odróżniania rzeczywistości wewnętrznej od zewnętrznej i odpoczynkiem od tego wysiłku jest sztuka. Wszyscy doświadczamy tego w życiu, ale dla części z nas staje się to stałym doświadczeniem zawodowym. Nie tylko musimy odróżniać swój świat wewnętrzny od zewnętrznego, ale także pomagać w tym wysiłku naszym pacjentom. Jeżeli pracujemy z pacjentami psychotycznymi, musimy odzyskiwać nasze światy zagarniane w mechanizmie identyfikacji projekcyjnej.

Zdaniem Winnicotta, nieobecność psychonerwicy jest tożsama ze zdrowiem, ale nie życiem. Pacjenci psychotyczni, pozostający w zawieszeniu pomiędzy życiem, a nie-życiem, konfrontują nas z problemami egzystencjalnymi. Te same zjawiska, które dla pacjentów są życiem i śmiercią, u osób „zdrowych” pojawiają się w doświadczeniach związanych z kulturą. Te doświadczenia zapewniają ciągłość, która wykracza poza ludzką egzystencję. Może psychiatrzy mający stale kontakt z pacjentami psychotycznymi nie zawsze świadomie introjektują podstawowy dylemat egzystencjalny pacjentów i leczą go w sobie poprzez kontakt z kulturą?

Nancy Mc Williams opisuje trudność kontaktu z pacjentami psychotycznymi, jako obawę przed doświadczeniem ekstremalnych uczuć – nieistnienia, bycia pochłoniętym. Być może comiesięczna wizyta na projekcji MET-u dająca poczucie ciągłości i wszechobecności kultury uspokaja te nasze lęki i pozwala na kontynuowanie pracy?

Tym można tłumaczyć potrzebę uczestniczenia w kulturze, ale dlaczego właśnie opera?

Opera składa się z dwóch elementów – muzyki i teatru. Bywa wyśmiewana ze względu na swoją sztuczność i umowność – nie jest ani „prawdziwą” muzyką, którą słucha się w Filharmonii, nie jest też „prawdziwym” teatrem. Co w takim razie jest takie pociągające w operze? Może właśnie ta „sztuczność”, w której problemy ludzkie przedstawione są bezpośrednio, jak w bajce, a muzyka sprawia, że przemawiają do nas prewerbalnym językiem.

Zastanawiałam się, od jakiej opery zacząć moje „interpretacje operowe”. Problem w tym, że każda nadaje się równie dobrze. Postanowiłam więc zacząć od polskiego sukcesu. W Walentynki 2015 odbywa się projekcja z MET-u opery wyreżyserowanej przez Mariusza Trelińskiego. Jestem wielbicielką jego pomysłów reżyserskich znacznie różniących się, od często bardzo tradycyjnych, przedstawień MET-u. Reżyser połączył w jedno przedstawienie dwie opery – „Jolantę” Piotra Czajkowskiego i „Zamek Sinobrodego” Beli Bartoka. Na temat tego zestawienia napisano już wiele, – że łączy je motyw obsesyjnej miłości kobiety do dominującego mężczyzny, sam Treliński mówi, że los Judyty z „Zamku” jest dalszym losem Jolanty. Napisano nawet, że Jolanta kończy się „dobrze”, a Zamek „źle”. Obie historie są fascynujące w swojej niejednoznaczności. Jolanta nie cieszy się z odzyskanego wzroku, martwi ją raczej utracony świat fantazji. Judyta dobrowolnie podąża za mężem, o którym słyszała już straszne historie, a więc wie, do czego zmierza.

Czy rzeczywiście są to historie chronologicznie opisujące los Jolanty/Judyty, czy raczej to ta sama historia opowiedziana na dwa różne sposoby?

Historia Jolanty jest historią o dojrzewaniu. Jolanta „jest niewidoma”, nie konfrontuje się z życiem, żyje w świecie dziecięcych fantazji i poczuciu omnipotencji – nie wie, czego nie ma. Jedyną osobą, z którą jest w związku to silny i zazdrosny ojciec, który nie chce, żeby Jolanta „przejrzała na oczy”. W najprostszym wymiarze historia ta opowiada o uwolnieniu z edypalnej relacji z ojcem, wejściu w świat seksualności, dorosłej relacji z partnerem. Tuż przed odzyskaniem wzroku, Vaudemont prosi ją o czerwoną różę, ale Jolanta dwukrotnie daje białą – ukochany orientuje się, że Jolanta „nie widzi”, pokazuje mu, że jest niewinna, nie seksualna. Z chwilą kiedy ojciec zrzeka się władzy rodzicielskiej Jolanta odzyskuje wzrok. To, co jest interesujące, to brak entuzjazmu Jolanty do świata, który zobaczyła „Jak tu ciasno… Wszystko tłoczy się wokół mnie… Upada… Jakby za chwilę miało się zawalić…”. Nie jest jasne, czy wejście w dorosłość warte jest utracenia świata, w którym żyła do tej pory. Czajkowski napisał Jolantę jako swoja ostatnią operę po trzykrotnej próbie samobójczej w związku z oskarżeniami o homoseksualizm. Poczucie alienacji, niechęć do porzucenia świata wewnętrznego na rzecz świata zewnętrznego, było też jego udziałem.

Także młoda kobieta z tradycyjnej historii o Sinobrodym jest na progu „zobaczenia”. Bajka o Sinobrodym jest bajką o ciekawości seksualnej dziecka. Pomimo, a nawet w związku z zakazami męża – „ojca” (Sinobrody zawsze jest wyraźnie starszy od swojej partnerki) dziecko chce odkryć „prawdę”. W różnych wersjach baśni ostatecznie dziewczyna zostaje wyratowana przez młodych mężczyzn. Judyta z libretta Zamku Sinobrodego tym różni się od bajkowej żony Sinobrodego i niewinnej Jolanty, że od początku „wie”. To ona kieruje akcją i zmusza męża do otwierania kolejnych drzwi. Nie jest jasne, czy poznaje jego, czy siebie. „Zamek Sinobrodego” przedstawiony jest w konwencji snu, w którym jeden element łączy się i przechodzi w drugi – może być snem Judyty/Jolanty – lękiem przed dorosłością, związkiem. W każdej komnacie widzi krew, która może być symbolem śmierci, ale także dojrzałości seksualnej. Ostatecznie jej wyborem jest pozostanie w zawieszonej pomiędzy życiem, a śmiercią strefie kobiet.

Opery najczęściej kończą się tragicznie – jest w nich miejsce na ekstremalne emocje, ale nie na związek. Jedna z moich pacjentek mówiła, że chciałaby przeżywać emocje Carmen, tylko co ma się wydarzyć „potem”. Opery pokazują, że „potem” jest niemożliwe, ale z reguły w sposób konkretny – bohaterki oper giną, umierają, popełniają samobójstwo, pozostają nieszczęśliwe. Judyta/Jolanta nie godzi się na życie, ale też nie umiera. Jest być może doskonałą ilustracją wspomnianego pozostawania w zawieszeniu pomiędzy życiem, a nie-życiem.

Zdjęcia w serwisie: www.stock.chroma.pl, www.123rf.com, archiwa autorów i redakcji

Najnowsze

Światowy Dzień Choroby Afektywnej Dwubiegunowej: młodzi pacjenci z ChAD wciąż czekają na ogólnodostępną farmakoterapię

30 marca obchodzony jest Światowy Dzień Choroby Afektywnej Dwubiegunowej (ChAD), poświęcony pamięci wszystkich chorujących na to zaburzenie. Skuteczność leczenia choroby...

Ruch przeciw depresji

Nie ma wątpliwości, że ruch jest dobrym środkiem służącym zapobieganiu depresji, choć trzeba pamiętać, że tak jak do jej...

Terapia sztuką pozwala zrozumieć własne emocje i nie jest stygmatyzująca

Tempo życia nie spadnie, a wyzwań będzie coraz więcej. Trzeba wprowadzić profilaktykę psychiczną w szkołach wyższych, żeby nauczyć studentów...

Presja edukacyjna

Cezary Żechowski Kiedy w czerwcu kończył się rok szkolny i zbliżały wakacje, miałem poczucie dobrze wykonanego obowiązku. Większość dzieci i...

Urojenia wsteczne – zapomniany termin psychopatologiczny

Ryszard Kujawski | Wojewódzki Szpital dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Świeciu Przeglądając starą prasę psychiatryczną, natknąłem się na artykuł Adama...

Dlaczego psychoterapeuci odrzucają projekt rozporządzenia dotyczący specjalizacji?

Niniejszy tekst zawiera obszerne fragmenty informacji dla mediów przygotowanych we współpracy przez reprezentantów między innymi: Sekcji Naukowej Psychoterapii i...

Na czasie

Zdrowie to kochać i pracować

Jak dbać o zdrowie psychiczne, jak objawiają się kłopoty...

Starość – wyzwanie dla współczesnej cywilizacji

Tadeusz Parnowski (PTPG, RJP PAN) Zmiany demograficzne i epidemiologiczne w...
- Advertisement -spot_imgspot_img

Może Cię zainteresować
Rekomendowane