RefleksjeWywiadLajkoterapia, czyli jak leczyć w XXI wieku

Lajkoterapia, czyli jak leczyć w XXI wieku

-

- Advertisment -spot_img

Sławomir Murawiec, Maciej Żerdziński

Zapraszamy do udziału w rozmowie, która wywiązała się między nami po wzajemnym wysłuchaniu swoich prezentacji w trakcie V Branickich Spotkań Naukowych „Osobowość i co z tego” w dniu 20.09.2018. Rozmowa dotyczy refleksji bazujących na doświadczeniu w kontakcie z osobami z rozpoznaniem zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych i depresji.

S. Murawiec: Z zainteresowaniem wysłuchałam Twojego wystąpienia, które dotyczyło OCD, ja mówiłem chwilę później o depresji. Miałem wrażenie, że na wielu Twoich slajdach można byłoby zastąpić diagnozę „OCD”, diagnozą „depresja”, zostawić pozostałą treść i wyszedłby slajd bardzo podobny, jeśli chodzi o przekaz, do tego, który ja miałam przygotowany o depresji. Tym wspólnym mianownikiem jest moim zdaniem kwestia poczucia wartości. Czy pacjenci z OCD mogą być dumni ze swoich objawów? Czy kwestie poczucia wartości mają znaczenie w powstawaniu objawów, utrzymywaniu się ich, leczeniu OCD?

M. Żerdziński: To ciekawe i zadziwiające spostrzeżenie. Pozornie oba problemy są od siebie odległe. Bo, cóż niby mają ze sobą wspólnego: osoba melancholijna i osoba będąca tyranem skrupulatności? Z drugiej strony, objawy depresyjne bardzo często występują w przebiegu OCD; są niemal nieuchronne – czasem epizodyczne, a czasem dystymiczne. W swoim wystąpieniu skupiałem się przede wszystkim na istocie osobowości obsesyjno-kompulsyjnej. Wydaje się ona bardzo specyficznym fenomenem, ponieważ niesie ze sobą wiele sprzeczności. I tak – z pewnością osoby, które mają anankastyczne cechy charakteru są ze swej „anankastyczności” nie tylko dumne, ale wręcz ją pielęgnują. Nierzadko starają się też ją „pomnażać”, przytłaczając sobą otoczenie. Kiedyś nazwałem to zjawisko „anankastyczną mocą”. Jeśli więc u podłoża objawów OCD leży osobowość anankastyczna, to natręctwa są z nią nie tylko syntoniczne, ale uznawane za wielce pożądane, bo przecież sprawiają, że dana osoba czuje się po prostu lepsza od innych. W pojęciu „lepsza” mieszczą się różne powody do dumy: bo dokładniejsza, bardziej obowiązkowa, odpowiedzialna, przeznaczona do specjalnych zadań itp. I zobacz, jak taka osoba ma skwapliwie przyjąć ofertę leczenia? Czuje się raczej nią zagrożona, ponieważ nie tylko nie chce stracić cech, które ją wyróżniają, ale przede wszystkim stanowią one dla niej jedyny znany i dopuszczalny fundament egzystencji. Przecież te osoby w istocie gardzą wizją mniejszego zaangażowania czy mniejszego przejmowania się. Nie chcą tak! Ich leczenie jest wielce problematyczne, mało skuteczne, nierzadko – nigdy do niego nie dochodzi.

S. Murawiec: No właśnie, to mnie uderzyło. Jak wspomniałem, myślę, że tym wspólnym elementem mogą być kwestie dotyczące poczucia wartości. Także w kontekście, o którym mówisz: bycia dumnym. Posłuchaj takiej historii: trafił do mnie pacjent, człowiek już po 50-tce, u którego przez całe życie rozpoznawano depresję. Był leczony przez wielu psychiatrów, pobierał wszystkie możliwe leki i ich kombinacje i z pewną dumą oświadczył, że żadne leki mu nie pomogły. Wyglądał na smutnego, nieszczęśliwego i dobrotliwego, ale w jego postawie czuć było pewną moc. W młodości marzył, że wybije się ze swojego środowiska, które oceniał jako niskie społecznie i zostanie kimś wybitnym: artystą, postacią rangi światowej, która zyskuje podziw dawnych sąsiadów i znajomych mówiących „tak, to on, to ten wielki człowiek”. Nawet nie doznał jakiejś wybitnej porażki na studiach artystycznych, po prostu nie szło mu tak, jak sobie wyobraził. Nie dostrzegał w oczach nauczycieli, że jest tak wybitny jak pragnął być. Czy mógł zostać „po prostu” artystą, jednym z wielu w swojej dziedzinie? Realnie mógł, ale w swoim oczekiwaniu szczególnej wartości wobec siebie – nie. Zrezygnował ze studiów i znalazł sobie zajęcie, takie, żeby się upokorzyć, żeby być nikim. Prosta praca dużo poniżej możliwości i na drugim biegunie aspiracji. Ten wybór zdawał się mówić; „Jak nie będę światowej sławy artystą, to będę sprzątał ulice”. I tak zrobił. Trafił do mnie po „pokonaniu” w ciągu ostatnich lat wszystkich dotychczasowych lekarzy, terapeutów i leków. Rozmowy miały prosty i powtarzalny schemat; argumentował sam przeciwko sobie. Mówił „przyzna pan, że zmarnowałem życie, mogłem robić coś innego, ale sam siebie niszczyłem”. Przestał przychodzić na wizyty po kilkunastu spotkaniach, po wizycie, na której spostrzegł „dlaczego ja sam wyciągam haki na samego siebie?”. Haki w takim znaczeniu, w jakim politycy wyciągają negatywne informacje o innych, które mają zniszczyć ich kariery i przyszłość. Myślę, że w ciągu jego lat leczenia nikt z nim nie porozmawiał o tym, co zaszło. Gdzieś dawno zadziałał u niego mechanizm „skoro nie będę wszystkim, będę nikim, będę zerem, nic nie osiągnę.” I tego się trzymał, pielęgnował, a nawet był z tego dumny. Potem oczywiście sytuacja się nawarstwiała. Za każdym razem, kiedy pojawiła się w jego życiu możliwość zmiany „wyciągał haki” na samego siebie, na przykład mówił sobie „może mógłbym coś zmienić, ale tyle lat już zmarnowałem i straciłem, więc jest już jest za późno”. I tak rok za rokiem.

Mówię wiec tu o pewnym mechanizmie, który widzę u części pacjentów, którzy mają rozpoznawaną depresję. Mechanizmie samoniszczącym, autoagresywnym: „Skoro nie będę tym kim byłem, tym kim chciałbym być, nie spełnię swoich wyobrażeń, to będę nikim, zerem. I będę się tego trzymał.”

M. Żerdziński: Zapewne naturalną choć niezdrową konsekwencją cech charakteru tego człowieka była jego chęć stania się „problemem nie do rozwiązania”. Czyli, ponownie – bycia kimś jedynym w swoim rodzaju, ze wszech miar unikatowym. To już postawa dramatyczna typu: „Jeśli nie poszło mi tak, jak planowałem, to choć w nieuleczalnym chorowaniu będę najwybitniejszy”. Wyobrażam sobie, że u tego człowieka ta chroniczna depresyjność pełniła różne funkcje. Czy tylko karania się? Pewno jedną z nich była manifestacja wielkościowych potrzeb siły charakteru okazywana „nieuleczalnym” cierpieniem. Czy zatem można to nazwać fenomenem narcystycznym? I kto wie, czy kluczową rolę nie odgrywał tu właśnie charakter anankastyczny. Jak piszesz, on poruszał się w przestrzeni zero-jedynkowej. Czyli albo miał być kimś niesłychanie unikatowym, albo nie widział siebie wcale. Myślę, że to wielce charakterystyczne dla wielu pacjentów z charakterem obsesyjno-kompulsyjnym. Co istotne, niemal wszyscy z tych pacjentów, których miałem okazję poznać, inicjowali kontakt z leczeniem właśnie poprzez objawy zespołu depresyjnego. Często po wyrównaniu nastroju – jeśli w ogóle było to możliwe – nie czuli potrzeby dalszej pracy nad swą wielkościową czy uzurpatorską postawą. Wręcz przeciwnie. Pożądali uznania przestrzeganych przez nich zasad i pragnęli je wzmacniać, co od razu ustawiało relację terapeutyczną w pewnym konflikcie oczekiwań. Pamiętam człowieka z OCD i charakterem anankastycznym, który nie umiejąc niemal nic, czuł się zarazem potencjalnie zdolny do wszystkiego. I również on twierdził, że problemem jest jego nieuleczalność, bo gdyby tylko uzyskał poprawę stanu zdrowia, to natychmiast zacząłby się realizować. Co ciekawie, nie precyzował, w jaki sposób. On czuł się omnipotencjalnym artystą i można by uznać, że stale represjonował się objawami depresyjnymi, które tłumaczyły jego bezradność. Jeden z młodszych kolegów zadał mu takie pytanie: „Jak pan myśli, czy mógłby pan zostać kosmonautą?”, a tamten odpowiedział: „Myślę, że mam ku temu odpowiednie predyspozycje”. Tak jak wielu innych – czuł się wybitny w swej anankastyczności. I tak, konfrontując go z sytuacją, w której miałby utracić swe natręctwa, natychmiast reagował ich nasileniem. Lęk przed urealnieniem własnych możliwości był zbyt duży. Wycofanie się w świat objawów i przyjęcie postawy wielkościowej jawi się jako najbezpieczniejsze rozwiązanie. To jak gdyby kompromis: „Zachowuję przekonanie o swej nadzwyczajności, a zarazem nie urealniam swych możliwości. No i jestem Problemem. Kimś ważnym. Owszem, trzeba się nade mną pochylić, dam szansę kolejnemu psychiatrze czy terapeucie, ale i tak wiem, że nic i nikt nie jest w stanie sprostać mojemu cierpieniu”.

Wspominam też innego pacjenta, który był fenomenalnym erudytą i człowiekiem niezwykle doświadczonym w leczeniu natręctw. Okazał mi karty wypisowe ze wszystkich znanych ośrodków w Polsce i już na samym wstępie leczenia szpitalnego, stojąc przy łóżku w eleganckim garniturze, zwrócił się do mnie w bardzo znaczący sposób: „Chciałem pana bardzo poznać i doświadczyć pańskiego leczenia, choć zdaję sobie sprawę, iż szanse, że mi pan pomoże są równe zeru”. Otwierając leczenie, zamknął je jednym zdaniem. Zobacz, ile w tym siły osobowości. I co tu począć?

S. Murawiec: To bardzo ciekawa i zaskakująca dla mnie myśl. Ja widzę te osoby i zjawiska, o których od nich słyszę w kategoriach ich poczucia wartości, natomiast nie dostrzegałem tego charakteru anankastycznego. Chętnie bym coś więcej na ten temat od ciebie usłyszał i dowiedział się jak to rozumiesz. Moja obserwacja układa się zgodnie z innym twoim spostrzeżeniem, o którym mówiłeś w Branicach. Pewnej „autoagresji”, takiej trochę analogicznej do chorób autoagresywnych w medycynie somatycznej. Czyli wspomnianego mechanizmu: jak nie będę tym kim byłem, albo kim chciałbym być, to będę nikim, zniszczę się.” Widzę i słyszę wiele takich historii także o młodych osobach, takich w wieku licealnym i młodej dorosłości. Schemat jest taki: najpierw okres sukcesów, bardzo dobrej nauki, która przychodzi bez większych trudności. Potem albo jakaś porażka na studiach, albo nawet porażka nie ma miejsca, tylko tej osobie nie idzie tak, jak sobie wymarzyła. Zrozpaczeni rodzice zawsze relacjonują to samo: od roku albo kilku lat po takim wydarzeniu syn/córka nie wychodzi z domu, nic nie robi, mówi, że życie jest już skończone, nic nie osiągnie… Oczywiście zwykle nie ma zgody tych młodych osób na wizytę u psychiatry, albo jeśli wizyta za namową rodziców ma miejsce, młoda osoba mówi, że nie widzi sensu takiej wizyty i nie szuka pomocy. No i tu bym widział znowu ten wątek dotyczący poczucia wartości. Rozdmuchanego i nakręconego. Teraz nikt nie może prowadzić zwykłego życia. Trzeba być co najmniej managerem. Trzeba mieć wielu znajomych w mediach społecznościowych, egzotyczne wakacje, cudowne, barwne życie.

Oczywiście część z tych osób przychodzi z informacją, że były próby leczenia, ale bezskuteczne. Dlatego to zjawisko domaga się moim zdaniem innej diagnozy, stworzenia nowej diagnozy w psychiatrii. Ponieważ te osoby, jeśli są leczone, uzyskują terapie depresji o innym podłożu. Leki nie przynoszą poprawy. Psychoterapie są często, moim zdaniem, dedykowane mechanizmom psychologicznym innego rodzaju. Nie chciałbym tego wątku bardzo rozwijać, ale pacjenci mówią w takich sytuacjach, że terapeuta ich nie rozumiał i mówił o czymś innym niż pacjent przeżywał. W literaturze znalazłem pojęcie „devaluationdepression” (BrettSilverstein, 2017) – depresji wywołanej dewaluacją, które wydaje mi się zbliżać do omawianych przeze mnie zjawisk. To nowe pojęcie, nowa diagnoza byłaby potrzebna moim zdaniem, aby wychwycić tego rodzaju sytuacje i proponować inne niż w innych postaciach depresji leczenie. Choć sam nie wiem jeszcze, jakie.

M. Żerdziński: Tak, ten fenomen olbrzymich i kompletnie niewspółmiernych oczekiwań (wobec realnych możliwości danej jednostki lub mozolnych metod służących ich wypracowywaniu) istotnie przenika wielu młodych dorosłych. Też to zauważam. I zgadzam się z Tobą, że to w jakiś specyficzny sposób jest powiązane ze światem mediów społecznościowych: lajków, komentarzy i niedoścignionej dominacji celebrytów (cokolwiek to hasło oznacza). Nie chcę się w to zagłębiać, bo to zjawisko godne odrębnej dyskusji. Najtrudniejsza jest dla nich ta niemożność pokonania pierwszej realnej frustracji egzystencjalnej. Jak gdyby lodołamacz uderzył w małą krę i natychmiast się zatrzymał. Wszystkim wydaje się, że ma przecież odpowiednie zasoby ku temu, aby śmiało płynąć dalej. Jednak nie – nie podejmuje nawet żadnej próby. Rodzi to szereg dalszych konsekwencji, zwłaszcza pośród rozczarowanych taką deprecjonującą oraz nihilistyczną postawą osób bliskich tej jednostce. Jeszcze gorzej, iż – posługując się tym marynistycznym porównaniem – nierzadko gotów jest się nawet samozatopić. To beznadziejny światopogląd. Czy zatem jest to kwestia zaburzeń poznawczych? Całkowita eliminacja „środka”; dopuszczalne są tylko biegunowe skrajności. Ileż to niesie odrzucenia, a jakże mało zawiera akceptacji. Jest jakiś odległy i wielki cel, do którego miałoby się dążyć, jednak nie ma zgody na budowanie do niego schodów. To postawa/przekonanie silnie negatywistyczna, autoagresywna i w tym sensie – jak mówisz – istotnie bardziej depresyjna, niż lękowa. Czyli gdyby próbować wyodrębnić taki rodzaj depresji, to byłaby ona związana z jakimiś cechami osobowości i to już na poziomie ich kształtowania się. Jeśli bowiem nie działają tu leki przeciwdepresyjne (a zgadzam się z Tobą, że ich efektywność jest niemal żadna), to może dlatego, że ich głównym celem jest oddziaływanie na różne objawy zespołu depresyjnego poprzez poprawę nastroju. Leki na „dewaluację depresyjną” musiałyby mieć przede wszystkim możliwości budowania motywacji poprzez korygowanie rezygnacyjnych zachowań, które to wynikają z wielkościowych oczekiwań. Brzmi niczym zdanie z powieści science-fiction… Zresztą, czy taki człowiek w ogóle chciałby być zmotywowany? To pytanie retoryczne, ponieważ jak słusznie zauważasz, najczęściej to nie on zabiega o tę korzystną zmianę.

I wracając do anankastyczności – pewne podobieństwa istotnie są. Przecież w ciężkich OCD, najtrudniejszym problemem nie są same natręctwa, a pewna fatalna w swej prognozie postawa: unikanie. Panuje tam takie przekonanie: „Jeśli rozpocznę daną czynność, to czeka mnie szereg koszmarnych, wielogodzinnych rytuałów. Aby więc ich uniknąć, w ogóle nie wykonam tej czynności. Osiągam stan, w którym nie wykonuję już niemal żadnych czynności. Popadam w depresję, wycofuję się, odwlekam w nieskończoność. Może to i klęska, ale nie cierpię z powodu natręctw. Potrafię wszystko, jednak zostawiam to”. Zauważ, że gdyby zamienić pojęcie „natręctwa” na „starania”, to w obu przypadkach widzimy postawę spolaryzowaną i rezygnacyjną. Karzącą, pełną złości i budzącą złość. Właściwie, to dążenie do izolacji oraz samounicestwienia. Kompletna dewaluacja samego siebie. I to w poczuciu przekonania, że tak właśnie ma być, tak wybieram.

S. Murawiec: No właśnie. Cały czas mi chodzi po głowie, jak ważne jest, jak te zjawiska nazywamy. Dla mnie łączą się one z depresją, dewaluacją i poczuciem wartości. Kontekst OCD, anankastyczności w ogóle mi nie przychodzi do głowy. Dla ciebie poruszanie się w przestrzeni zero-jedynkowej, alternatywa bycia kimś niesłychanie unikatowym, albo nie widzenia siebie wcale jest charakterystyczna dla wielu pacjentów z charakterem obsesyjno-kompulsyjnym. W obu sytuacjach mówimy o tym, że nie udaje się uniknąć niepowodzenia terapeutycznego. Ale też o tym, że osoby, o których mówimy nie przychodzą po pomoc w takim sensie, w jakim my jako lekarze ją rozumiemy. Moi nieco starsi pacjenci, którzy przykładowo utracili pozycję zawodowa, finansową i społeczną przychodzą z ironicznym pytaniem, „co pan może?”. Jeśli nie mogę przywrócić utraconej pozycji, znaczenia, poczucie bycia kimś ważnym, jestem nieprzydatny. Natomiast osoby młode, o których wspominałem, nie mają nawet takich oczekiwań, po prostu czują się już ostatecznie przegrane życiowo.

Wracając do tematu Spotkań Branickich „Osobowość i co z tego”: w „wersji klasycznej” osoba z depresją to osoba, której nastrój zdominowany jest przez przygnębienie, smutek, bezradność, poczucie nieszczęścia, skupiona na przekonaniach o nieadekwatności, bezwartościowości i niskiej samoocenie, krytyczna, samoobwiniająca się, rozmyślająca i martwiąca się, pesymistyczna, z poczuciami winy. Oczywiście znam i leczę takie osoby. Myślę, że dysponujemy odpowiednimi metodami ich leczenia, zarówno farmakologicznymi, jak i psychoterapeutycznymi. Ale przychodzą osoby sukcesu, niesłychanie aktywne, bez żadnego wywiadu bycia melancholicznymi i stale nieszczęśliwymi. I… cytując ciebie przydałyby się leki, które miałyby „mieć przede wszystkim możliwości budowania motywacji poprzez korygowanie rezygnacyjnych zachowań, które to wynikają z wielkościowych oczekiwań”. Taki profil działania leków byłby niesłychanie użyteczny. I takie sposoby psychoterapii także. Do tego rodzaju potrzeb pacjentów czuję się zawodowo mało przygotowany czytając podręczniki i przewodniki leczenia. Wydaje mi się, że psychiatria obraca się ciągle wokół diagnoz mających długi rodowód historyczny. Ja rozumiem, że kiedy senator w starożytnym Rzymie tracił stanowisko, mógł mieć podobne przeżycia. Więc depresja z utraty pozycji społecznej jest prastarym, adaptacyjnym zjawiskiem (inaczej byłby zasztyletowany). Ale wydaje mi się, że jednak bycie kimś zwykłym, było dla większości ludzi bardziej dopuszczalne, niż jest to obecnie. Teraz przestaje być. Teraz już wszyscy chcą być senatorami. I co najmniej zasłużyć na posąg w środku miasta. Ci pacjenci, o których mówiłem, zgłaszają się do mnie, rozmawiam z nimi i odkrywam w tych rozmowach, że albo ich „posąg” został obalony, albo przeczuwają, że nigdy nie zostanie wyrzeźbiony i wzniesiony. A tak desperacko tego pragną. Myślę sobie w trakcie tych rozmów, że chyba żyjemy w szczególnie narcystycznych czasach i sposoby myślenia pacjentów odzwierciedlają ważne procesy społeczne. I że potrzebowałbym jednak bardziej wysublimowanych diagnoz, nadążających za zmieniającą się wraz z tymi społecznymi zmianami psychopatologią. Oczywiście te diagnozy miałyby pozwalać na bardziej adekwatne postępowanie terapeutyczne.

M. Żerdziński: Piszesz: „bardziej wysublimowanych diagnoz”, a ja tymczasem zauważam dosyć specyficzne i narastające zjawisko stawiania ich w sposób niedbały, niemal sztampowy. Co gorsza – czasem cały proces leczenia odbywa się na podstawie snucia pewnej nonszalanckiej opowieści o pacjencie, często tylko przy użyciu słów potocznych, slangowych bądź faworyzujących wszechobecny termin zaburzeń osobowości, zwłaszcza typu borderline: „To przecież border, więc wiadomo”. Ale właściwie, co wiadomo? Moim zdaniem wiadomo tyle, że mamy problem z takim pacjentem, a łatka, którą mu przylepiamy w ogromnej części jest uszyta z naszej bezradności i naszych frustracji. Dlatego tak ważnym jawi mi się rozmawianie o diagnozach w sposób głębszy, dyskusyjny i zarazem autorefleksyjny. Przecież świetnie możemy się w nich sami przejrzeć. To taka drobna dygresja…

W Branicach przywołałeś dwa typowe podejścia do problematyki pacjenta: dramatyczne i narracyjne. To bardzo ciekawy wątek. Wydaje się, że niezależnie, które z nich stosujemy, to zawsze powinno być to podejście niestereotypowe. Niektórzy z nas za bardzo pochylają się nad swoim pacjentem, a inni patrzą ze zbyt wielkiego dystansu. W obu przypadkach nie sposób uzyskać dobrą optykę. Od czasu powstania globalnej sieci zaszły (i zachodzą) fundamentalne zmiany w ludzkiej psychice. Internet, jako taki, zmienił nas i zmienił naszych pacjentów. Kiedyś William Gibson nazwał sieć „zbiorową halucynacją”. W końcu nikt tego ani nie widział, ani nie wymacał, a wszyscy tam wyprojektowaliśmy nasze umysły; kto wie, czy i nie emocje. I mając to na uwadze – tę niepojętą zmianę rzeczywistości – istotnie, zachodzi potrzeba zdecydowanego poszerzenia różnych koncepcji diagnostycznych oraz naszych, osób leczących, sposobów komunikowania się. Cieszy mnie więc, że mogę się z tobą powymieniać garścią przemyśleń, ponieważ chroni mnie to przed wpadaniem w rutynę. Podobnie jak i ty, czasem czuję się zupełnie bezradny wobec oczekiwań pewnego rodzaju pacjentów, ponieważ nie potrafię nawet tych oczekiwań usłyszeć, ale i tak czuję, że je zawodzę. To paradoksalne. Fenomen tej obojętnej, rezygnacyjnej depresyjności w jakiś specyficzny sposób zbliża się do fenomenów osobowości anankastycznej. Dostrzegliśmy to zupełnym przypadkiem, poprzez nasze wystąpienia w Branicach. Muszę przyznać, że nie doceniałem w pewnych postawach pacjentów z osobowością obsesyjno-kompulsyjną rangi ich depresyjności. A jednak ona tam jest, skrzętnie zamaskowana fundamentalną sztywnością postaw, wielkimi oczekiwaniami i natychmiastową, nieubłagalną frustracją w razie niepowodzenia. Widać też tę melancholię w wiecznie karzącej autoagresji oraz w całkowitym braku tolerancji własnych niepowodzeń. Wreszcie, zauważam ją w postawie rezygnacyjnej – albo wszystko, albo nic. Czyli opisujemy tu pewien rodzaj narcystycznego nihilizmu. Istotnie, nie ma przewodnika ani podręcznika, w jaki sposób leczyć ludzi, którzy zamiast monotonnego i wymagającego sporego wysiłku (zatem pokory) leczenia oczekują nierealnego zrealizowania się. Myślę, że mamy okazję poznawać takie osoby albo w chwilach ich porażek (ci starsi), albo w momencie pierwszych, urealniających konfrontacji z rzeczywistością (ci młodsi). Co ciekawe, wystarczy, że skonfrontują się z tymi realiami na poziomie samej wyobraźni i już dochodzi do pełnej dekompensacji. Praca z tymi starszymi osobami jest zapewne łatwiejsza, ponieważ można się w niej odnieść do dzieciństwa, faktów dokonanych, jakichś wzorców i pracować nad redukcją oczekiwań czy poprawą negatywnych bilansów egzystencjalnych. Można też pracować nad ich schematami poznawczymi. Ale spójrz, oni jednak szukają pomocy, choć często – jak wspominaliśmy wcześniej – w bardzo specyficzny, bo dosyć opryskliwy lub sfrustrowany sposób. Kompletnie niepojęte są natomiast metody leczenia osób odrzucających samą wizję swej dorosłej przyszłości, nieoczekujących zmiany i uważających za bezcelowe wypracowywanie czegokolwiek. Może właśnie dzieje się tak dlatego, że ludzie ci mają zupełnie odmienne wzorce, inne dążenia/oczekiwania oraz niezrozumiały sposób przeżywania emocji. Nie nazwałbym tego różnicą pokoleń, a raczej totalną zmianą w podejściu do rzeczywistości za sprawą alternatywnej imitacji życia, którą daje im internet. Tam mogą wszystko i w niczym nie różnią się od innych użytkowników, a przynajmniej tak im się zdaje. Jakże ubogo zatem prezentuje się jakość ich „analogowego” życia. To porównanie może być wiodącym czynnikiem zniechęcającym. Zauważ, że powierzchownie rzecz ujmując, ta ich wielkościowa i abnegacyjna postawa nijak się ma do stosowanych przez nas tu pojęć: osobowości depresyjnej i osobowości obsesyjno-kompulsyjnej. W końcu, ci ludzie ani nie są jednoznacznie smutni, ani nie wydają się tyranami pełnymi obsesji. I nie znajdziesz żadnych narzędzi diagnostycznych, aby ująć ich w ramy konkretnego rozpoznania, którym się posługujemy na co dzień. Zgadzam się, że warto dostosować pewne tradycyjne pojęcia psychiatryczne do cyfrowego świata, ponieważ ich historyczne ujęcie po prostu przestaje być tu pomocne. Jeśli patomechanizmy tych młodych dorosłych istotnie zrodziły się w relacji z internetem (jak podejrzewam), to być może i tam kiedyś przeniesie się obszar pracy terapeutycznej. Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi, przecież już od okresu wczesnodziecięcego kształtował ich internet, a więc musieli zbudować silniejsze relacje z siecią, niż z własnymi, często bardzo im odległymi lub mniej atrakcyjnymi rodzicami. Nie mam tu na myśli zależności od internetu. Ten proces jest znacznie głębszy, przypomina wychowanie. Nazwałbym problem tych młodych dorosłych Chronicznym i Pozornie Zamierzonym Dryfem Egzystencjalnym.

Bardzo ci dziękuję za wielce inspirującą rozmowę.

S. Murawiec: To ja dziękuje tobie. Dużo mi ta rozmowa dała. Na koniec zaś, w naszym imieniu, składam podziękowania dr Dorocie Kukulskiej za zaproszenie do Branic – dzięki temu powstała ta rozmowa.

15.03.2019

Najnowsze

Poradnik: „Jak możesz pomóc osobie, która ma skłonności samobójcze”

10 września przypada Dzień Zapobiegania Samobójstwom. Centrum Terapii Dialog przygotowało specjalny poradnik dla osób, które chcą pomagać innym ze...

Psychoedukacyjne Grupy Wsparcia

Ci, którzy chcieliby się dowiedzieć czegoś więcej o swojej chorobie/zaburzeniu oraz tacy, którym z różnych powodów trudno jest zdecydować...

Jak zostać psychiatrą? Studia oczami studentów

Jakub Tercz, Aleksandra Hamny Studia na kierunku lekarskim nie przygotowują do bycia psychiatrą – twierdzą polscy studenci. To byłby dobry...

Trening Interpersonalny – Ryszard Kulik

Jacek Jakubowski | Grupa TROP Problematyka pracy z małymi grupami jest przede wszystkim domeną psychologii. (…) refleksja nad człowiekiem i jego...
- Advertisement -spot_imgspot_img

Asystent zdrowienia – oczekiwania i przygotowanie

Anna Liberadzka Asystenta zdrowienia można określić jako: towarzysza, mediatora, motywatora, pełnomocnika, rzecznika, mentora. Ta nowa rola osób z doświadczeniem kryzysu...

Buka u psychiatry – Łukasz święcicki

Z popularyzacją wiedzy medycznej kłopot jest taki, że każdy w zasadzie czuje się kompetentny, by takową uprawiać. Zawiera to,...

Na czasie

Starość – wyzwanie dla współczesnej cywilizacji

Tadeusz Parnowski (PTPG, RJP PAN) Zmiany demograficzne i epidemiologiczne w...

Wystarczy rozmawiać? Wspieranie osób doświadczających kryzysu psychicznego

Z Reginą Bisikiewicz rozmawia Katarzyna Kisielińska Podczas spotkań buduje się...
- Advertisement -spot_imgspot_img

Może Cię zainteresować
Rekomendowane